| |
|
|
Rozmowa 2007-01-21 15:42:49
Pogrzeb Joshuy był cichy i kameralny. Była na nim tylko rodzina i
przyjaciele. Natalie nie wychodziła już w ogóle z dormitorium,
przesiadywała w nim całymi dniami. Courtney to siedziała z nią to z
Markiem. Nie mogła sobie znaleźć miejsca po śmierci przyjaciela, tak jak
reszta „wybranych”. Nie trzymali już pozorów obojętności.
Jedynie Tom był spokojny. Zachowywał się jakby nic się nie stało, nie
zmienił codziennych zajęć, upodobań, wyrazu i sposobu bycia, może
przesiadywał trochę więcej przed kominkiem ale po za tym dalej był tym
samym człowiekiem, niewzruszonym i obojętnym na ludzi. Udowadniał teraz,
że wytoczona wokół niego aura to nie są pozory, że naprawdę taki jest-
silny i bezwzględny. Przyjaciele teraz się jeszcze bardziej wokół niego
skupiali, próbując zaczerpnąć od niego tej siły i obojętności, która
pozwalała mu iść dalej. Nikt do końca nie wiedział co się dzieje u niego w
środku. Nikt nie był w stanie się tego dowiedzieć więc nikt nie próbował.
Prócz Morgan. Nie potrafiła go zrozumieć. Siedzieli teraz na jednej z
kanap w Ravenclawie. Było już późno i wszyscy już poznikali w swoich
dormitoriach. Tom czytał książkę, a Morgan oparłszy się o jego ramię
wpatrywała się w ogień w kominku.
- Czy to prawda, że Natalie nie wychodzi z dormitorium?- podjęła temat.
Tom niechętnie oderwał się od lektury i spojrzał na nią.
- Tak- rzucił krótko.
- A jak inni to znoszą?
- Całkiem nieźle, chociaż Black chyba nie może sobie z sobą do końca
poradzić. Zawsze zgrywał takiego silnego… teraz wszystko stało się
jasne, dopiero w obliczu śmierci Joshuy, kto naprawdę jest silny, a kto
tylko udawał. Wiele się teraz zmieni.- odparł zdecydowanym tonem.
- Nie możesz go winić… przecież odeszła bliska mu osoba.-
odpowiedziała, patrząc mu w oczy.
- Mężczyzna nie powinien okazywać w ten sposób takich emocji. Zachowuje
się niegodnie i żałośnie.-stwierdził bezwzględnie.
- Tom… on przynajmniej… to znaczy, ty w ogóle się zachowujesz
jakby się nic nie stało. A umarł twój przyjaciel… Czemu jesteś taki
obojętny, nie potrafię cię zrozumieć czy naprawdę cię to wszystko nic nie
obchodzi?
- Nie można się pogrążać w żalu i zanurzać w bolesnych wspomnieniach z
przeszłości- odpowiedział wymijająco Riddle.
- Czyli jednak cię to boli?- zapytała ze złudną nadzieja w głosie.
- Będę z tobą szczery, bo wyraźnie tego chcesz…- spojrzał na nią
przenikliwie, a ona skinęła głową, na potwierdzenie jego słów.- Nie mam
siły już dłużej przed tobą grać. Wiedz więc, że śmierć Joshuy Leste, mało
mnie obchodzi. Nie był on moim przyjacielem, nikt nim nie jest. Był po
prostu pionkiem w mojej grze jak wszyscy, po za tobą oczywiście- dodał
szybko.- Słaby ale użyteczny…-Na chwilę zapadła cisza. W końcu
Morgan odzyskała mowę.
- Jak możesz tak mówić? Ty w ogóle nie masz sumienia… jesteś okrutny
i egocentryczny.- Mówiąc to odsunęła się lekko od niego. Riddle wykrzywił
wargi w nieznacznym uśmiechu i odparł.
- Owszem… ale czy to nowe dla ciebie informacje? Zastanów
się…- odparł, rzucając jej przeciągłe spojrzenie.
- Oczywiście że tak…ale…boże… kogo ja chcę
oszukać…? Ja po prostu…nigdy tego nie przyjmowałam do
wiadomości… Zbyt mi na tobie zależało aby nad tym myśleć. Ale dłużej
tak nie mogę…Tom…Łudziłam się że to nieprawda…
oszukiwałam sama siebie. Byłam głupia…
- Może nie głupia, ale naiwna na pewno.– Stwierdził bezlitośnie.-
Obserwowałaś mnie przecież, widziałaś, że manipuluje ludźmi… że mam
ich za nic, ze nimi gardzę i pomiatam…
- Przestań… nie chcę tego słuchać…
- Teraz nie masz już wyboru.- Morgan pokręciła bezradnie głową, jakby nie
chciała przyjąć do wiadomości słów Riddla.
- Miałam nadzieje, że przesadzam, że jednak masz uczucia, że jesteś zdolny
do miłości...- szepnęła histerycznie- Pragnęłam tego… zawsze unikałam
towarzystwa takich ludzi jak ty, nie chciałam mieć z nimi nic
wspólnego…Bałam się ich, bo są nieprzewidywalni. A teraz…
kocham jednego z nich i nie mogę nic na to poradzić...- Teraz zaczęła
szlochać, kompletnie się rozklejając. Po jej słowach zapadła po raz
kolejny cisza w tej rozmowie. Tom po raz pierwszy usłyszał, od niej że go
kocha, ale był to najgorszy moment na tego typu wyznanie, kiedy siedziała
cała zapłakana a on nie miał sposobności aby jej odpowiedzieć.
- Morgan… zanim cię poznałem rzeczywiście można było stwierdzić, że
jestem niezdolny do miłości. Ale ty jesteś jedyną osoba do której cos
czuje i nie mogę cię stracić. Właśnie dlatego jesteś dla mnie taka cenna.
Budzisz we mnie uczucia, gdybym cię stracił przestałbym czuć cokolwiek,
przestałbym być człowiekiem. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą na
świecie i chce abyś o tym wiedziała.- powiedział czule, po czym dalej
ciągnął.- I właśnie dlatego nie będę cię dłużej okłamywał, co do tego kim
jestem. Nie powiem ci wszystkiego od razu, bo to by był jak myślę zbyt
wielki szok…ale dam ci się poznać stopniowo. Obnażę się przed tobą.
Będziesz jedyną osobą która pozna moją naturę i duszę.
- Nie wiem czy chce… chyba wolę żyć w nieświadomości. Nie poradzę
sobie z tym… Ja… Tom… nie chcę żeby to było prawdą. Nie
chcę abyś taki był- spojrzała mu w oczy, zagubiona i zdruzgotana. Spuściła
wzrok, widząc ziejącą z nich pustkę.
- Czyli mnie nie kochasz… nie mnie, lecz wyobrażenie o mnie.-
podsumował ją, rzucając jej chłodne spojrzenie.
- To nie tak… człowieka kocha się ogólnie… za coś
nieokreślonego… coś co cię do niego przyciąga i sprawia, że byłbyś w
stanie oddać tej osobie wszystko. Ja jestem w stanie to dla ciebie zrobić,
tylko… posiadasz pewne cechy, których nie mogę u ciebie
zaakceptować. Ja…
- Będziesz musiała sobie z tym poradzić. Taki jestem i się nie zmienię.-
stwierdził beznamiętnie, z kamienną twarzą.
- Nie rozmawiaj ze mną w ten sposób Tom…- poprosiła i zebrawszy się
spojrzała mu w oczy odważnie. Tylko ona mogła mu tak spoglądać w oczy,
tylko jej pozwalał na to. Dla niej jego wzrok był zazwyczaj ciepły i
kochający, dla reszty świata zimny, okrutny i bezwzględny.
- Ale jakiej oczekujesz ode mnie odpowiedzi? Nie chcę się zmieniać. Lubię
się. Nie byłbym sobą. Nie będę żyć w zakłamaniu i wbrew sobie. Jedyne co
mogę zrobić to grać przed tobą, a za twoimi plecami dalej być jak to
nazywasz…"okrutny i egocentryczny". Nie wiem tylko czy tego właśnie
chcesz.
- Nie… ale mógłbyś chociaż pójść na kompromis, trochę spuścić z
tonu.
- Nie istnieje coś takiego jak dobry kompromis, zawsze są od początku do
końca zgniłe. Bo nigdy nie dzieje się do końca to co chcesz i nie jesteś
do końca z tego zadowolony. To nie do końca, to pewna luka, która daje o
sobie znać w każdej możliwej sytuacji. Uciążliwa i męcząca. Ja nigdy nie
idę na kompromisy z nikim, nie muszę, to ja ustalam zasady. To ja jestem
panem. Z tobą jest co prawda inaczej, ale wiesz Morgan ja ciebie nie
jestem w stanie zrozumieć… co cię obchodzą inni? Czemu w ogóle o tym
rozmawiamy. Czy ja cię kiedykolwiek skrzywdziłem? Dałem ci świadomy powód
do łez? Nie… zawsze byłem dobry dla ciebie, aż sam się dziwiłem. A
ty cały czas masz do mnie pretensje.
- Nie mam pretensji co do tego jak mnie traktujesz.- Nie dała się zbić z
tropu.- Ale do tego co robisz z innymi tak. Dlatego, że współczuję tym
osobom, nie mogę przechodzić obojętnie obok, ludzi których wykorzystujesz
czy krzywdzisz.
- Za bardzo się wszystkim przejmujesz. Tak nie przejdziesz przez życie.
Ludzie to idioci, ich się nie da traktować na równi, ani darzyć
szacunkiem.
- Więc nimi manipulujesz i ich omamisz? Ludzie nie są bez sensu, mają
potencjał i wyobraźnię.- stwierdziła zdecydowanym tonem.
- Bredzisz… ludzie na ogół to wyjątkowo głupie i ograniczone
stworzenia… Byłbym naiwny, nie wykorzystując ich… szczególnie
tych wszystkich szlam i mieszańców, to takie żałosne kreatury…
czasami nie mogę już na nich patrzeć. Wiesz.. czasami chętnie bym ich
wszystkich…
- Nie kończ! Przestań… nie mów tak, przerażasz mnie…
przedstawiasz świat, w którym wszystko jest względne i nic nie jest
złe… a to przewraca wszystko do góry nogami… niczego nie można
być pewnym…Skąd mam wiedzieć że mną także nie manipulujesz i nie
zwodzisz?
- Po co miałbym to robić? Nie mam powodu Morgan- spojrzał jej łagodnie w
oczy.
- Nie mam pojęcia… w ogóle cię już nie znam…-szepnęła
zrozpaczona.
- Musisz mi więc zaufać. Ja przedstawiam ci realistyczny świat. W którym
się właśnie znajdujesz.
-Nie Tom… To jest tylko i wyłącznie twój świat! Chory… do
którego sobie stworzyłeś zasady. Którego jesteś panem, tyle że on nie
istnieje Tom… nie istnieje...- po tych słowach Riddle przypatrzył
się jej bystro i zastanowił nad czymś przez chwilę po czym odpowiedział:
- Jeszcze nie istnieje, ale stworzę go. Obiecuję ci to. Dla nas.-
Powiedziawszy to wstał i opuścił wieże Ravenclawu. Ona siedziała dalej tam
nieruchomo, nie wiedząc co zrobić. Była zszokowana i załamana. Wiedziała,
że musi mu zaufać. Ale przerażał ją on i jego wizja świata. Było już
jednak za późno, za bardzo się już od niego uzależniła. Byłaby
nieszczęśliwa bez niego. Nie potrafiła już żyć bez Toma, zbyt bardzo go
kochała. Bez niego by nie przeżyła, a przy nim wykończy się powolnie, krok
po kroku… Bycie z nim było przeciw jej naturze i hierarchii wartości,
za to życie bez niego przeciw najsilniejszemu uczuciu, jakie kiedykolwiek
doznała, miłości bez której jej świat nie miał już sensu.
***
Tom szedł na trzecie piętro. Musiał pobyć trochę sam. Ułożyć sobie
wszystko w głowie. Miał lekki mętlik po rozmowie z Morgan. Uświadomiła mu
kilka zasadniczych kwestii. Zwróciła jego uwagę i odsłoniła przed nim
możliwości o których wcześniej nie myślał, a teraz wydały mu się konieczne
i nieuniknione. Rzeczywiście świat Toma, nie istniał do końca. Uważał się
za kogoś wielkiego, a tak mało osób go jeszcze znało. Ci którzy go znali
owszem szanowali i się go bali. Dominował nad nimi i fascynował. Potrafił
ich wszystkich pociągnąć za sobą wszędzie. Mistrz manipulacji. Wielki
wódz, pan, władca. Tyle, że istniała zaledwie garstka takich osób. Nie
pracował nad tym, te osoby znalazły się przy nim samoistnie. Wcale ich nie
szukał. Teraz wiedział że musi zacząć rozszerzać swoje wpływy, sprawić że
każdy będzie znał jego imię. Właśnie tylko jakie imię? Nie może przecież
używać nazwiska tego plugawego mugola, musi coś wymyślić, ale to już w
komnacie…
By Natalie & Kate
skomentuj (11)
- Natalie… możemy porozmawiać?- zapytał dyskretnie Julian, kiedy siedzieli późnym wieczorem w pokoju wspólnym, tak że tylko ona dosłyszała. Wstali i oddalili się na tyle od reszty aby znaleźć się poza zasięgiem czyjegokolwiek słuchu.
- O co chodzi?- zapytała Rocher, wyczytując z jego twarzy, że to coś poważnego.
- Hm… dostałaś przypadkiem ostatnio jakieś listy od rodziców?- to pytanie ją zupełnie zaskoczyło.
- Ja? No tak… od ojca, chce się ze mną spotkać w weekend i o czymś porozmawiać, a co?
- Ach… no dobrze. To sobie porozmawiacie na spokojnie…
- O czym?- zapytała ostro.
- Nie ma sensu ci teraz tego mówić. Później… Myślałem już, że to ja mam ci powiedzieć. Ale nie, więc…
- Powiedz mi- zażądała.- Jeśli to coś złego, to wolę usłyszeć od ciebie niż od ojca, powiedz proszę.- powtórzyła grzeczniej.
- No cóż moim zdaniem to nic złego, wręcz przeciwnie. Ale nie wiem co ty będziesz o tym myślała- wyjaśnił jej.
- Jak już zacząłeś, to skończ Julian, proszę… powiedz, nie trzymaj mnie w takiej niepewności, bo to najgorsze.
- To nie jest łatwe. Może usiądź co?
- Nie róbmy cyrku- prychnęła dziewczyna- No powiedz mi wreszcie- powiedziała z lekkim przestrachem.
- No więc dobrze. Natalie… - tu zrobił krótką pauzę.- Masz zostać moja żoną.-wyrzucił z siebie.- Nasi rodzice to zaaranżowali, nie miałem na to wpływu, nie mniej jednak nie ukrywam, że jest to po mojej myśli.- oświadczył. Rocher milczała. Stopniowo docierały do niej jego słowa. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Cały jej świat, tak usilnie podtrzymywany, od czasu jej zdrady, teraz walił się bezpowrotnie.
- Jak to?- szepnęła wreszcie.- To niemożliwe, to jakiś koszmar- jęknęła. Black poczuł się urażony. Omiótł ją chłodnym spojrzeniem.
- Może cię zostawię samą- wycedził zły. Spojrzała na niego i szybko powiedziała.
- Nie…-wyszeptała słabo.- Ja nie miałam nic złego na myśli. Jestem po prostu w strasznym szoku. Nie idź!- prawie wykrzyknęła ostatnie zdanie i się do niego przytuliła, siląc się na spokój. Nie chcąc sobie pozwolić na ani jedną łzę, z powodu jej położenia. Chcąc być opanowana do końca. Jak ja uczyli od najmłodszych lat. Jednak to ja przerastało.- Nie mam siły- szepnęła histerycznie.
- Uspokój się- powiedział łagodnie Julian, czując bijące od niej ciepło. Czuł się tak dobrze, trzymając ja w ramionach. Pierwszy raz tak bezbronną. Zawsze była dosyć chłodna, powściągliwa i opanowana. Trudno było się do niej dostać. A jemu właśnie się to udawało. W tej chwili pojawiła się najmniej pożądana osoba. Joshua podszedł do nich szybko, widząc, że Natalie coś jest.
- Co się dzieje?- zapytał od razu.
- Słabo się czuję- oświadczyła Rocher cicho, odsuwając się od Juliana
- Coś cię boli? Czy to z innego powodu?- dociekał dalej Leste.
- Eee… no…- odpowiedziała niezbyt inteligentnie.
- Boli ja głowa i chyba zaczyna trochę majaczyć- wtrącił szybko Black.
- Nie kupuję tego. Od jakiegoś czasu zachowujesz się bardzo dziwnie Natalie. A kiedy się pytam co o chodzi, ty zawsze odpowiadasz, że cię boli głowa. Dosyć tego. Dosyć tych tajemnic. Powiedz!- zażądał zdenerwowany.
- Joshua… nie ma powodu tak się unosić.- stwierdziła beznamiętnie.
- Przestań, dobrze? I ty Julian? Ty też? Jakim prawem wiesz co się dzieje z moją narzeczoną, kiedy ja nie mam pojęcia?
- Jaką znowu narzeczoną- jęknęła cicho.
- Słucham?!- krzyknął.
- Uspokój się Leste.- powiedział stanowczo Black.
- Nie! Ty się w ogóle nie wtrącaj, nie masz prawa. To jest sprawa pomiędzy mną a Natalie- powiedział, równie zdecydowanym tonem, co Julian.
- Widzisz to dosyć przykre, ale jesteś w błędzie.- odrzekł mu jadowitym tonem przyjaciel.
- Co masz na myśli?- zapytał szybko Leste.
- Ach nic takiego- odpowiedział niefrasobliwym tonem Black, wprowadzając Joshue w coś bliskiego wściekłości.
- Dosyć! Mów Natalie!- zwrócił się do dziewczyny.
- No więc…- podjęła, dalej się wahając czy to dobry moment aby wyjawić mu prawdę. Popatrzyła na Juliana, ten skinął głową. Ale to dlatego, że chce się na Joshue odegrać, pomyślała. Co ona, sama powinna zrobić?
- Dalej czekam na odpowiedź- przerwał jej rozmyślania, podirytowany głos Leste.
- Chcesz usłyszeć straszną prawdę teraz, czy jeszcze jakiś czas żyć w iluzji?- chłopak zastanowił się chwilę, nie przykładając jednak odpowiedniej miary do tych słów.
- Prawdę.- oświadczył po chwili.
- Dobrze więc- powiedziała słabo, robiąc na chwilę pauzę, aby zebrać się w sobie.- Mam wyjść za Juliana.- Wyznała w końcu. Jej słowa zrobiły na nim piorunujące wrażenie.
- Co?- spytał po chwili z niedowierzaniem.- Jesteś pewna? Dlaczego? Za Juliana BLACKA?- zapytał, spojrzawszy, na dawnego przyjaciela. Nigdy nie patrzył na niego tak nienawistnie.
- Tak, za mnie- przytaknął Julian, przedrzeźniając go trochę. Ale kiedy, zobaczył Rocher, której się szkliły oczy, postanowił nie robić scen, wszystko zrobić, żeby do nich nie dopuścić.- Słuchaj…- powiedział.- Żadne z nas tego nie chciało, przecież widziałeś jak Natalie zareagowała na tą wiadomość, prawie płakała. Nasi rodzice zdecydowali za nas. Nie pytając nas o zdanie, nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Byliśmy tak samo zszokowani, jak ty.- zakończył głosem strapionego nieszczęśnika.
- Powiedzcie mi, że to żart.- zażądał, Ale Rocher tylko pokręciła smutno głową, a łzy pociekły jej po policzkach.- Nie płacz… nie mogę na to patrzeć… uciekniemy- wyrwało mu się podświadomie i w chwili uznał to za świetny, zbawienny pomysł.- Tak! Uciekniemy! Nie potrzebujemy twoich rodziców, do szczęścia.- Oświadczył, i jakby w przypływie otuchy, walczącej z świadomością i realizmem, uśmiechnął się tak, że sprawiał wrażenie szaleńca. Jednak Natalie, jeszcze raz pokręciła smutno głową.
- Dlaczego nie?- zapytał desperacko.
- To nie wchodzi w grę- oświadczył twardo Black.
- Wydziedziczyliby mnie- poparła go.
- I co z tego, mielibyśmy moje pieniądze.- zawołał Leste.
- Ciebie też by wydziedziczyli. Po za tym to nie tylko chodzi o kwestię finansową Joshua.- jęknęła.- To byłby skandal. Wszyscy by o tym mówili. Nie moglibyśmy się nigdzie pokazywać. Bylibyśmy spaleni w towarzystwie...skończeni na początku! Bylibyśmy potępieni! Wiesz o co mi chodzi, prawda? Nie dałabym sobie z tym rady… Musze się podporządkować… Walka nie ma sensu…- zakończyła plącząc.
- Gdybyś mnie kochała zrobiłabyś to dla mnie- oświadczył beznamiętnie Joshua, poważniejąc w jednym momencie, nie okazując już więcej emocji.- może to nie była nigdy miłość…
- Była! Kochałam cię!
- Dlaczego mówisz w czasie przeszłym?- zapytał, pozornie niewinnym głosem, tak naprawdę próbował się już nią bawić, aby ukryć rozpacz.
- No bo…
- Cóż takiego się stało? Kiedy naprawdę wygasło uczucie? Och… a może ty mnie zdradzałaś? Tylko z kim? Może z tobą?- zwrócił się do Blacka i z kpiącym uśmieszkiem ciągnął dalej- Jeśli nie to czemu byś jej tak bronił? Tak… to się zaczyna układać w całość…- mówił nie zdając sobie sprawy, ze odkrył ich największą tajemnicę. I kiedy zobaczył ich reakcję na jego słowa i skruszoną minę Natalie krzyknął.
- Nie! Powiedz że to nieprawda! Ty byś tego nie zrobiła, znam cię przecież… ja żartowałem… Natalie… wykrztuś coś z siebie… proszę cię…zaprzecz…błagam…- Porzucał swoją całą dumę teraz. Nic go już nie obchodziło poza tym w tej chwili. Przestał udawać, że nie obchodzi go ta sprawa. Przestał się silić na niefrasobliwy ton, nie był już w stanie. Wiadomość o zdradzie Rocher, go dobiła. Był zdruzgotany. Zwrócił się do Blacka.
- I ty Brutusie? Julian… Jak mogłeś? Jak mogłeś… Nie wierzę!- Kiedy Black, zobaczył w jakim stanie jest Joshua, chyba pierwszy raz w życiu naszły go wyrzuty sumienia. Ale musiał być twardy. Arystokratom nie wolno okazywać uczuć, a szczególnie takich jak te które nim właśnie miotały. "Bądź dumny, nigdy nie okazuj słabości, jesteś Blackiem, to zobowiązuje." Słyszał głos ojca tak wyraźnie, jakby stał obok niego.
- Właściwie to świetnie się bawiłem- stwierdził bezczelnie. Ich przyjaźń i tak była skończona. Przynajmniej wyjdzie z tego z podniesioną głową. Jednak jego słowa nie wywarły oczekiwanego skutku na Joshue. Ten zamiast wpaść w szał, jeszcze bardziej się w sobie zapadł. Jak człowiek, który nie jest już w stanie, niczego przeżyć, niczym się cieszyć.
- Po prostu, zabierz ją i idź stąd- rzekł tylko słabym głosem i opadł ciężko na fotelu.
- Zachowujesz się jak jakaś szlama.- stwierdził pogardliwie młody Black.- Nie walczysz o swój honor? Jesteś chyba już innym człowiekiem, nie takiego Joshue znałem. Już nim nie jesteś, teraz jesteś nikim. Upadłeś i już się nie podniesiesz.- powiedział okrutnie Julian, po czym objął ramieniem Rocher, która cały czas płakała.- Nie przejmuj się tym gnojkiem- rzekł drwiąco- Nie jest nic wart.- Ale Natalie się mu wyrwała i pobiegła na górę do dormitorium. Black sprawiał wrażenie jakby się tym nie przejął. Posiedział jeszcze chwilę sam przy kominku, po czym sam udał się górę. Za to Joshua dalej siedział w tym samym fotelu. Nie miał siły wstać. Nie miał siły żyć. To już nie miało dla niego sensu. Chwilę później pojawił się Tom.
- Jeszcze tutaj siedzisz? Zwykle już śpisz o tej porze.- stwierdził. Leste, mu nie odpowiedział, popatrzył tylko na niego nieprzytomnie, wyglądał strasznie, jakby był obłąkany.- Co się stało?- zapytał sucho Riddle. Ale zanim zdążył odpowiedzieć, już wiedział. Wyczytał to.
- Świat to cmentarz, a przebywając na nim gnijemy. Właśnie zdałem sobie z tego sprawę!- wykrzyknął.
- Majaczysz.- stwierdził beznamiętnie Tom.
- Nic mnie tu już nie trzyma. Jestem gotowy.- rzekł, wyglądając na zdecydowanego.
-Hm… jak chcesz to zrobić?- zainteresował się Riddle, nie czując, że może powinien go odciągnąć od tego pomysłu. Nic do niego nie czuł, nigdy nie darzył go głębszymi uczuciami, nikogo nie darzył, oprócz Morgan. Jego egzystencja mimo wielu przeżytych wspólnie chwil, była mu dosyć obojętna.
- Chyba się otruję.
- Tak po prostu? Chcesz tak cicho odejść?
- Tak… nie mam siły na nic więcej.
- Nie chcesz się na kimś zemścić, nikogo wmieszać w swoja śmierć? Albo czegoś komuś pokazać, czy zaszkodzić?
- Nie…
- Julianowi też nie?- zapytał zdumiony Tom. On by się zachował zupełnie inaczej. Po pierwsze nie by popełnił samobójstwa, ale jeśli już, to tak, by o tym mówiono przez wieki.
- A ty skąd o tym wiesz?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Wiem wiele rzeczy.
- A zresztą… to i tak nie ma znaczenia… masz odpowiedni eliksir?
- Tak, kiedyś sporządzałem, poczekaj.- Po chwili zszedł z fiolką na dół i mu ja podał.
- Wiesz Tom… byłeś jedyną wartą poznania osobą… jesteś niezwykły i osiągniesz wiele… miałem zaszczyt być przy tobie- powiedział, po czym wlał do ust zawartość fiolki. Riddle tylko wpatrywał się w niego beznamiętnie, obserwując z ciekawością proces śmierci.
***
Mówią, że samobójstwa nie popełnia się w akcie desperacji lecz w przypływie jasności umysłu.
By Natalie & Kate
skomentuj (8)
Część 9 2006-12-28 16:30:19
- Toma znowu nie ma…- zauważył Kurt.- Ostatnio przepada co noc …
- Teraz jest pewnie z Morgan- powiedziała spokojnie Natalie.
- Nie jestem tego taki pewien… A wczoraj? I parę dni temu, jak obudziłem się w nocy, też go nie było.- ciągnął Lestrange.
- Tak to pewne, że coś przed nami ukrywa- oświadczył Anthony.
- Każdy ma prawo do tajemnic i prywatności.- rzucił oschle Julian- A ty co tak skromnie milczysz Leville? Zawsze jesteś pierwsza do dociekania i odkrywania sekretów…
- Zgadzam się z tym co mówiłeś o prywatności.
- Dobre… wszyscy dobrze wiemy, że nie- prychnął Black.- Jest tylko jedno wytłumaczenie. Ty wiesz, tak?
- Możliwe…
- Kto jeszcze wie?- zapytał Joshua.- Natalie?
- Nie, ja nie –odpowiedziała dziewczyna.
Kurt i Anthony także zaprzeczyli.
- Mark?- dociekał Joshua.
- Też wiem- oświadczył twardo.
- Och… mamy grupkę uprzywilejowanych, tak?- zakpił Julian.
- Powiedzcie nam- zażądał Kurt.
- Nie możemy- odparł spokojnie Mark.
- Nie możecie?- powtórzył Anthony.
- O co wam chodzi? Przecież Tom też nam w końcu powie… No Courtney…- mówiła Natalie, wiedząc, że jej słowa przekonają Leville.
- Powiedziałabym ci Natalie, naprawdę. Ale nie mogę, on wam w końcu sam to powie, i będzie po sprawie, ale nie naciskajcie teraz na nas.
- Bo co? Wy macie jakiś problem…- syknął Julian.
- Owszem mamy- krzyknęła Courtney- Złożyliśmy Wieczystą Przysięgę, że tego nie powtórzymy, chyba wiesz co to jest Black?- Jej słowa wywarły na reszcie należyty skutek. Przestali ją przynajmniej atakować.
- Wieczystą przysięgę?- powtórzył szeptem Anthony, Leville skinęła głową.
- To aż tak ważne?- zapytał z niedowierzaniem Joshua- Umiał ją rzucić?
- Tak, ale przecież nie ma w tym nic dziwnego. Wiadomo co potrafi, wiadomo jakie księgi wertuje nocami, wiadomo czym się zajmuje i że macza palce w czarnej magii…- powiedziała Courtney. Właśnie w tym momencie Riddle wszedł do pokoju, wyraźnie z czegoś zadowolony. Odprowadzony przez wiele spojrzeń, podążył w stronę „wybrańców”, usiadł na swoim fotelu i zupełnie ich ignorując, zapatrzył się w ogień w kominku.
- Gdzie byłeś?- zapytał ostro Joshua.
- Nie powinno cię to obchodzić- odpowiedział pogardliwie Riddle.
- Nie powinno obchodzić?- zapytał napastliwie.
- Owszem, lepiej zajmij się swoimi sprawami, bo nie jest najlepiej.
- Co masz na myśli?
- Nudzisz mnie… i zmień ten ton.- odrzekł zdegustowany.
- Za kogo ty się uważasz? Za jakieś bóstwo?
- Słuchaj, nie mam ochoty na awantury, ale zaraz nie pozostawisz mi wyboru, więc dla twojego dobra radzę ci abyś zamilkł.- Odrzekł lodowato. Nikt nie chciał z Tomem zadzierać ani stawiać się mu zbytnio, więc nikt się nie odzywał. Tylko Joshua dalej brnął.
- Przykro mi ale musimy wyjaśnić kilka spraw.
- Nie wydaje mi się…- odparł, tracąc cierpliwość po mału.
- Gdzie teraz byłeś? Gdzie cały czas znikasz? Powiedz nam wszystkim, nie tylko „uprzywilejowanej” grupie…
- To miłe ze tak zaborczo zabiegasz o moje względy, ale to już przesada- zakpił, po czym oświadczył ostro, patrząc na niego tak lodowato i przerażająco, tymi swoimi przepastnymi oczami, że tamten nie wytrzymawszy tego spojrzenia, spuścił wzrok i zaczął niespokojnie kręcić się na fotelu.- To nie powinno cię obchodzić. To jest absurd. Wszyscy macie ten sam problem. Jak ktoś z nas ma jakiś sekret lub nie chce się czymś dzielić, to wszyscy wyciągają to z niego na siłę. To się musi skończyć. Począwszy od teraz. Nie jesteśmy jakąś rodziną. Nie musimy sobie wszystkiego mówić. Jestem niezależny, nie muszę się wam z niczego tłumaczyć. Męczycie mnie. Nie doprowadzajcie do stanu, kiedy z wami nie wytrzymam i kiedy będę musiał się od was uwolnić, bo wtedy wszyscy tego pożałujecie.
- Nie wiedziałam, że jesteśmy dla ciebie takim ciężarem- powiedziała Natalie.
- Ciebie to akurat najmniej dotyczy, jesteś dziewczyną, więc jesteś subtelniejsza, ale reszta was…
- A co, ja jestem płci męskiej? Jaka reszta?- oburzyła się Courtney.
- Wiesz jeżeli mam być szczery, to nie jesteś zbyt dziewczęca- prychnął Julian.
- Bo się nie maluję i nie szczerzę się głupio bez przerwy?
- To nie jest kwestia tego i ty dobrze o tym wiesz- poparł Blacka, Joshua- Ale nie rób kolejnej awantury, dobrze Courtney?- Leville nic mu nie odpowiedziała. Julian kasował ją przy każdej możliwej sytuacji. A ona odpowiadając mu sama siebie raniła. Tak bardzo zależało jej na względach Blacka, ale nie umiała do niego właściwie podjeść, on nie szukał takiej dziewczyny jak Courtney, a ona nie potrafiła się zmienić. Nikt się już nie odzywał, do końca wieczoru.
***
Kiedy zeszli rano na śniadanie, dało się zauważyć przy stole nauczycielskim poruszenie. Profesorowie coś szeptali między sobą, z grobowymi minami, a Dippet wyraźnie szykował się do przemówienia. Tom jak wszyscy zrobił zdziwiona minę, ale dokładnie wiedział o co chodzi. Tylko zdążyli usiąść, a Dippet zaczął mówić.
- Wczoraj w nocy, został dokonany odrażający akt przemocy, na jednym z naszych uczniów, Edwardzie Daster …. Sprawca lub sprawcy już są poszukiwani. Jeśli ktoś coś widział, albo coś wie, jest proszony o pomoc. Co do Edwarda, to leży spetryfikowany w skrzydle szpitalnym. Nie obudzi się przed Bożym Narodzeniem. Ciało pedagogiczne jest naprawdę zaniepokojone tym zajściem.- Dodał na koniec zgorszonym głosem i usiadł. Wszyscy zaczęli zastanawiać się kto mógł to zrobić. Różni ludzie, mieli różne opinie na ten temat. Puchoni pomstowali na sprawcę, mówiąc, że zamach na ich ścigającego był celowy i przemyślany. Gryfoni i Krukoni byli zaniepokojeni. A Ślizgoni byli albo obojętni, albo chwalili się, że to na pewno ktoś z ich domu, dopadł tą szlamę, co wzbudzało jeszcze większą wściekłość Puchonów.
- Ciekawe kto to zrobił- pierwszy odezwał się Kurt.
- Na pewno ktoś ze Slytherinu- powiedział Anthony. Courtney i Mark popatrzyli na Toma, z podziwem, dla tak zręcznej akcji tuż pod nosem nauczycieli patrolujących korytarze. Julian dostrzegł to spojrzenie, mimo że Leville i Mark spuścili już wzrok.
- To ty Tom, prawda?- zapytał. Riddle nie odpowiedział mu od razu, rzucił mu przeciągłe spojrzenie, a potem tak aby nikt oprócz „wybrańców” go nie usłyszał, powiedział:
- Możliwe…
- Jak to zrobiłeś?- zapytała szeptem Natalie.
- Opowiem wam później. Trzeba przecież zachować chociaż minimum dyskrecji.
***
Po śniadaniu, Tom wraz z „wybrańcami” udał się pod klasę. Mieli teraz eliksiry z Krukonami. Morgan już tam stała wraz z Alice i Tess.
- Cześć Morgan- zawołał i podszedł do niej, całując ją delikatnie w usta. Wszystkie dziewczyny stojące w pobliżu spojrzały na nią zazdrośnie, Riddle był niewątpliwie, mimo niejasnego pochodzenia, najlepszą partią w szkole. Niezwykle zdolny, bystry i inteligentny do tego obdarzony tak wielką mocą magiczną, że reszta uczniów w szkole mogłaby tylko o tym pomarzyć. Przystojny i elokwętny robił świetne wrażenie. Było w nim jednak coś jeszcze, coś mrocznego, nierozszyfrowanego przez otaczających go ludzi, co robiło go tajemniczym i niedostępnym dla większości, co z kolei sprawiało że był jeszcze bardziej podziwiany, a jego towarzystwo doceniane. Nikt jednak nigdy się nie spodziewał, że to właśnie ten Tom Riddle stanie się najpotężniejszym czarnoksiężnikiem w historii ludzkości i sterroryzuje cały świat czarodziei, pozostawiając go w mroku i strachu.
- Cześć- odpowiedziała, uśmiechając się. Przyjaciele Riddla tez do nich podeszli.- Właśnie rozmawiałyśmy o tym Dasterze. Wiesz kto mógł go zaatakować?
- Nie- skłamał. Nie chciał jej oszukiwać, ale nie miał wyboru.- Prawdę powiedziawszy mało mnie to obchodzi- dodał uśmiechając się.- Chodź na chwilę- poprosił, odeszli parę metrów od ludzi stłoczonych pod klasą.- Wybrałabyś się dzisiaj do Hogsmede?
- Przecież nie ma dzisiaj wyjścia.
- Jest parę innych sposobów…- powiedział, rzucając jej przeciągłe spojrzenie.
- Muszę napisać 2 wypracowania na jutro, jeśli się uwinę z tym szybko to możemy pójść.
- Mogę ci pomóc z pracą domową.
- Poradzę sobie- uśmiechnęła się.
- Jak chcesz. To przyjdę po ciebie o 19, dobrze?
- No dobrze, Chodź już jest Slughorn.
***
Tak więc, Tom zjawił się o umówionej porze pod wieżą Ravenclawu. Mijające go Krukonki posyłały mu uśmiechy. Za to Krukoni wpatrywali się w niego bystro, jedni patrzyli na niego z przestrachem, drudzy przyglądali się niepewnie. Jedno było pewne, wszyscy go podziwiali i czuli mimowolny szacunek, ale albo się go bali, albo nie chcieli mu tego okazać. Riddle jednak stał niewzruszony, w ogóle nie patrząc w ich stronę. Dumny i wyniosły, nie okazujący żadnych uczuć. W końcu po pięciu minutach, podbiegła do niego lekko, zadyszana Morgan. Była ubrana zwyczajnie. Jednak jej urok osobisty, był tym widoczniejszy, im prostsze nosiła ubrania, gdyż nic już nie odwracało uwagi od jej piękna. Ale nie dobierała właśnie w tym celu takiej garderoby, po prostu ubierała się w wygodne, dziewczęce, pełne wdzięku ubrania, w których czuła się dobrze. Tom uśmiechnął się. Zawsze kiedy zabierał dokądś jakąś dziewczynę, to stroiła się w najlepsze szaty i sukienki oraz widać było, że spędziła godziny przed lustrem. Ona nie. Odpowiadało mu to. Była taka naturalna w tym jak się ubierała i nosiła.
- Przepraszam, że się spóźniłam, ale Tess mnie zatrzymała- wytłumaczyła się.
- Nie szkodzi- odparł, oferując jej ramię. Wyszli z zamku. Było dosyć zimno i wiał wiatr.- Będziemy musieli przejść przez tunel prowadzący do Hogsmede. Chodź- złapał ja za rękę i unieruchomiwszy wierzbę bijącą, poprowadził ja przez otwór w drzewie.- Lumos.- Szli tak przez jakieś piętnaście minut, zanim doszli do wioski.
- Gdzie chciałabyś pójść?- zapytał z rzadką dla niego uprzejmością, ale przy niej był zupełnie innym człowiekiem, i co ciekawe ta zmiana dokonywała się w nim zupełnie naturalnie i niezamierzenie. Po prostu czuł do niej szacunek, jak do nikogo innego. Był dla niej miły i okazywał swoje uczucia dla niej, gdyż sprawiając jej jakąkolwiek przykrość, zraniłby samego siebie. Wiedział, że mógłby ją teraz łatwo zniszczyć i wykorzystać, ale to były ostatnie rzeczy, które chciałby zrobić. Bezgraniczne zaufanie jakim go obdarzyła, było dla cenniejsze niż wszystko. Zaczynał się czuć poza tym za nią odpowiedzialny.
- Nie wiem, a ty?
- Możemy się wybrać do Trzech Mioteł.- To miejsce wydało mu się najrozsądniejsze. Bo ani nie było zbyt babskie i cukierkowe, ani zbyt mroczne i ponure. Tak wyglądała cała ich relacja. Byli dwoma skrajnościami ale gdzieś pośrodku istniała płaszczyzna porozumienia. Tworzyli jedną całość, uzupełniając się nawzajem. On dawał jej, takiej bezbronnej i niewinnej, poczucie bezpieczeństwa, oparcie dzięki swojej sile psychicznej, odwadze i opanowaniu. Ale zarazem był on pełen niespodzianek i dostarczał jej nowych przeżyć. Ona z kolei była inteligentną i interesującą dla niego dziewczyną. Pierwsza która mu się potrafiła przeciwstawić, i była przy tym taka subtelna, urocza i czarująca. Kiedy weszli do środka, od razu uderzyło ich ciepło bijące z kominka, we wnętrzu izby. Rozsiedli się na kanapach w kącie. Panował półmrok i luźna atmosfera.
- Co chcesz do picia?- zapytał
- Kawę poproszę- odpowiedziała mu uśmiechając się. Chwilę później wrócił z napojami. Grzejąc się i popijając, zatopili się w rozmowie.
***
By Natalie & Kate
skomentuj (8)
Część 8 2006-12-24 19:02:38
Wreszcie udało mi się, dodać następną część. Przepraszam, że trwało to tak długo, jednak może długość nowej notki, wam w pewnym stopniu to zrekompesuje. Kończę, bo właśnie siadam do wigili. Życzę wszystkim wesołych i niezapomnianych świąt. Carpe Diem!
***
- Gdzie jest Tom?- zapytał Kurt po eliksirach, na które Riddle się nie zjawił.
- Nie wiem, ostatni raz go widziałam jak szedł gdzieś, za tą Morgan Valois.- rzuciła chłodno Courtney.
- To jeszcze mu z nią nie przeszło?- burknął Mark.
- Jak widać…
- Myślę, że tym razem to trochę coś innego- powiedziała Natalie.
- Niby czemu?
- Bo on wydaje się ją jakby szanować. I bardzo mu zależy. Nigdy się nie męczył tyle dla żadnej dziewczyny…
- Mnie to się ta cała Valois nie podoba- oświadczyła opryskliwie Courtney.
- A co ci się dokładnie w niej nie podoba? Uważam, że jest w porządku.- odezwał się Julian.
- Bo co? Bo ma ładną buźkę i jest zgrabna?- zapytała jadowitym tonem Leville.
- Ty jej nawet nie znasz, i nie próbujesz poznać. Zazdrość aż tak cię zaślepia?- zapytał pogardliwie Black.
- Niby czego mam jej zazdrościć? A po za tym co jej tak bronisz?
- Nie tylko on. Ty jesteś po prostu żałosna, umiesz się sprzeciwiać Tomowi tylko za jego plecami.- prychnął Joshua.
- Nieprawda!
- Oczywiście że tak, jak coś ci się nie podoba, co on robi, nigdy nie krytykujesz go wprost.- stwierdził Julian.
- Wam chyba cos zaszkodziło! Coś sobie uroiliście… Może wam się nie podoba że Tom jest zawsze najlepszy, zawsze na pierwszym miejscu i to wy mu zazdrościcie… mimo iż też jesteście zdolni, przystojni i lepiej urodzeni nie możecie wyjść z jego cienia. To wam…
- Nie musimy słuchać tego bełkotu- oznajmił Joshua i obejmując ramieniem Natalie, odszedł, a za nim poszli Julian, Kurt i Anthony. Tylko Mark z nią został.
***
Do wieczora, Tom się nie pojawił, więc jego przyjaciele, siedzieli bez niego przy kominku odrabiając lekcje i rozmawiając. Panowała senna atmosfera, która przerwało przybycie sowy Juliana. Otworzył kopertę i zaczął czytać. W miarę kolejnych linijek listu, robił coraz bardziej zdziwioną minę, ale kryło się w niej coś jeszcze, jakby zadowolenie, które próbował ukryć.
- Od kogo ten list?- zapytał Kurt
- Od ojca.- odparł.
- I co pisze?- zapytała Courtney, bo jak wszyscy była ciekawa co tak poruszyło Blacka.
- Wybacz ale to moja prywatna korespondencja.
- Haha… i tak się dowiem- powiedziała żartobliwie.
- Nie sądzę…- powiedziawszy to rzucił pergamin do kominka.
- No wiesz co? Jak mogłeś?- Courtney dalej siliła się na żarty i niefrasobliwy ton. Próbując tym samym skończyć kłótnię i wymazać gorzkie słowa, które padły przed paroma godzinami.- No powiedz!
- Chyba żartujesz? Nie ma cię to prawa obchodzić. Masz naprawdę czelność, że się tak dopytujesz.
- Tylko żartowałam… co ty się tak denerwujesz?- Julian jej nie odpowiedział, tylko popatrzył w kierunku Natalie, opartej o Joshue.
- Chyba pójdę już spać, dobranoc.- oświadczył i udał się do dormitorium. Ale wcale nie był śpiący, wręcz przeciwnie. Rozpierały go emocje. On ma zostać mężem Natalie? Więc to już postanowione? To prawda, że tego pragnął, ale jedna sprawa nie dawała mu spokoju. Joshua. Co z nim? Przecież on ją kocha, to będzie koniec ich przyjaźni. Ale żeby tylko to… nie… Joshua tak tego nie zostawi. Będzie chciał zemścić się. Będzie chciał pojedynkować się z nim… albo… Nie… Nie chcę o tym teraz myśleć. Muszę jej to powiedzieć i postanowimy coś razem. Wszystko się ułoży. Zażył eliksir usypiający i położył się, pragnąc odegnać od siebie wszystkie myśli, przynajmniej na te parę godzin.
***
Około pierwszej, zjawił się Tom w pokoju wspólnym. Siedzieli w nim już tylko Mark i Courtney, którzy na jego widok, przerwali rozmowę i czekali aż podejdzie. Kiedy usiadł przy nich zaczęły się pytania.
- Gdzie byłeś cały dzień?- zapytała szybko Courtney, która prawdę powiedziawszy siedziała jeszcze w pokoju wspólnym, tylko po to aby zadać mu to pytanie.
- Może wam opowiem później.
- Nie no to staje się już irytujące! Wszyscy mają przede mną jakieś tajemnice! Nie ufasz mi Tom?
- Zbytnia ufność to głupota… po za tym kto wie, czy jak się na mnie zdenerwujesz, nie powiesz tego komuś?
- Za kogo ty mnie masz? Oczywiście że nie!
- A swoją drogą, kto ma jeszcze przed tobą jakieś tajemnice?
- Julian- burknął Mark.
- No właśnie.- podjęła Leville.- Parę godzin temu jak tu siedzieliśmy przyleciała jego sowa i po przeczytaniu listu, dosyć podejrzanie wyglądał. Nikomu nie chciał powiedzieć o co chodzi i mało tego, rzucił list w ogień. Później od razu poszedł na górę.
- Ciekawe…
- Prawda? Ale… zmieńmy temat, proszę powiedz nam gdzie byłeś.
- To nie jest dobry pomysł.- powiedział beznamiętnie.
- Tom proszę powiedz! Chcemy być z tobą.
- Wiem że chcecie…- Powiedział pogardliwie, po chwili jednak spuścił z tonu i zastanowiwszy się nad czymś przez chwilę dodał- No dobrze… Mogę wam opowiedzieć o tym czego dzisiaj dokonałem, jeśli złożycie wieczystą przysięgę, że nigdy nie powtórzycie tego, co wam powiem.
- Wieczystą przysięgę?- powtórzył cicho Mark- To jest aż tak tajne?
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak.
- A wiesz jak to zrobić? Wiesz jak się składa wieczysta przysięgę?- zapytała przejęta Courtney. Tom tylko wykrzywił wargi w nieznacznym uśmiechu i wyciągnął różdżkę.
***
W tym samym momencie Morgan weszła do pokoju wspólnego w Ravenclawie.
- Morgan! Gdzie ty byłaś!?- krzyknęła Tess, rzucając się jej w objęcia- nawet nie wiesz jak się martwiłyśmy, już właśnie miałyśmy iść do opiekuna…
- Potrzebowałam trochę czasu dla siebie, ale już mi lepiej- uśmiechnęła się słabo.
- Morgan…- powiedziała cicho Alice po chwili- Ja cię przepraszam, trochę mnie poniosło… - Valois jej nie odpowiedziała. Revers wszystko zniszczyła, to był fakt. Ale chciała dobrze w gruncie rzeczy. Możliwe nawet, że miała rację. Kto wie jak to wszystko się potoczy? Życie jest pełne niespodzianek. Musiała jej wybaczyć.
- Powiedz coś… przepraszam, słyszysz?
- Już dobrze Alice… wszystko się ułoży…- powiedziawszy to przytuliła się do niej
- A… jak ci z nim poszło? Słyszałam, że razem weszliście do toalety, a potem obydwoje zniknęliście i nikt was nie widział…
- Rozstaliśmy się po jakiś 15 minutach, nie mam pojęcia gdzie poszedł… A co do nas, to na razie jesteśmy w nienajlepszych stosunkach…- Alice spuściła głowę.
- To wszystko moja wina…
- Nie… dobrze, że to wszystko się wydarzyło. On musi zrozumieć i zmienić się, jeśli chce być ze mną…
- Chyba nie wiesz na co się porywasz Morgan… On nie daje sobie nawet zwrócić uwagi, a co dopiero zmienić się- zwróciła się do niej Tess.
- Zobaczymy, jakoś to będzie…
***
Rano Tom przy śniadaniu, siedział zatopiony w lekturze proroka codziennego. Kiedy Joshua go zapytał.
- To co z tą Morgan?
- Nic.
- Już nie jesteście razem?
- Nigdy nie byliśmy.
- Widzicie?- zawołała triumfalnie Courtney- A nie mówiłam? Już mu z tą kretynką przeszło…- popatrzyła na Toma, szukając poparcia, dla jej słów. Ale jedyne co znalazła, to lodowate spojrzenie pełne dystansu i pogardy.
- Nigdy więcej nie waż się tak o niej mówić idiotko, bo tego gorzko pożałujesz- wycedził. Nikt nic nie odpowiedział. Wszystkich zamurowało. Bronienie honoru jakieś dziewczyny, w ogóle kogokolwiek, spoza nich, było tak niepodobne do Toma. Dopiero po chwili Natalie szepnęła.
- Aż tak ci na niej zależy? Mimo, że jak mówisz nie jesteście razem?
- Nie widzę powodu nazywania kretynką inteligentnej dziewczyny, Natalie. A co do ciebie- tutaj wskazał na Leville- to radzę ci zejść mi z oczu.
***
Minęło kilka dni. Tom cały czas odtrącał narzucające mu się dziewczyny. Nie miał już ochoty się nimi bawić, nie miał ochoty nawet ich dotykać. Nie po tym co przeżył z Morgan. Żadna i tak nie potrafiłaby go zaspokoić. Tylko ona mogła, tylko ją pożądał. Ale nie tylko o to chodziło. Czuł się naprawdę dobrze w jej towarzystwie. Była inteligentna, wiedział, że z nią mógłby porozmawiać na swoim poziomie. Fascynował go jej pogląd na życie i ludzi, tak inny od jego. Ale w ogóle się do siebie nie odzywali. Ona napotykając jego wzrok, od czasu do czasu, kiedy mijali się na korytarzach, lub w czasie wspólnych lekcji, szybko opuszczała głowę, patrząc w inną stronę, chowając twarz za tymi pięknymi, długimi, rudymi, falowanymi włosami. Tom nie zamierzał pójść do niej pierwszy. Nie pozwalała mu na to jego duma. Ona za to, nie mogła się w sobie zebrać aby do niego podejść, chociaż wiedziała, że to niedługo nastąpi, bo za bardzo tęskniła za tymi kilkoma chwilami spędzonymi z nim. Pragnęła więcej takich chwil. Dusiła się w obecnej sytuacji, już dłużej tak nie mogła…
***
Zdecydowała, że porozmawia z nim po obiedzie. Tak więc szybko zjadła, i czekała aż on skończy. Gdy zobaczyła, że wstaje, podniosła się i zaczęła iść w jego kierunku. Złapała go przy wejściu do lochów, stał tam ze swoja świtą i śmiał się z jakiegoś gryfona, który się robił coraz bardziej czerwony.
- No co tam chowasz Adlery?- zawołała Courtney.
- Nic takiego…
- To dlaczego jesteś taki czerwony?- zapytał niewinnie Julian.
- No pokaż mi tę kartkę złotko- powiedziała Natalie z szyderczym uśmiechem na twarzy.
- Nie…
- Nie?- zakpił Tom- accio pergamin.- w jego dłoni wylądowały kartki, które tak skrywał chłopak. Teraz Morgan, nie była już w stanie z nim porozmawiać, bo okrążyła go i jego „przyjaciół” duża grupa. Chcąca pośmiać się z nim, wpatrująca się w niego z uwielbieniem i szacunkiem.
- Oh… jakiś ty nieszczęśliwy chłopcze… same nie spełnione miłości…- szydził- o posłuchajcie tego, „Dłużej tego nie zniosę, ona mnie nawet nie dostrzega…”- przerwał mu na chwilę wybuch śmiechu w tłumie, ale chwilę później kontynuował.- „Te jej błękitne i bezkresne jak niebo oczy, niestety już należące do innego”- w tej chwili zaśmiał się okrutnie, a za nim reszta otaczających go ludzi- No cóż, poetą to ty nie zostaniesz… Co za tandetne porównania… „Ta jej śliczna twarz, prześladuje mnie w nocy” Adlery wiesz co ty jesteś mistrzem… nigdy nie czytałem…
- Dosyć tego! Oddawaj mi tą kartkę!- Wrzasnął zrozpaczony gryfon.
- Nie unoś się zbytnio. ty szlamowaty gnojku.- Powiedział pogardliwie Tom, w konsekwencji czego, tamten miał chyba zamiar rzucić się na niego, w każdym razie wykonał jakiś bliżej nieokreślony ruch, na co Riddle coś szepnął i chłopak zaczął się dusić.- No dobrze… wróćmy może do naszej lektury…- w miarę kolejnych szyderstw Toma, gryfon robił się coraz bardziej fioletowy, teraz już nie mogąc złapać powietrza, zginając się wpół, kurczowo trzymał się ściany. Morgan próbowała się przepchnąć do Riddla i pomóc chłopakowi, ale nie było to proste, gdyż żądny sensacji tłum napierał ze wszystkich stron. W końcu pozostało jej już tylko jedno.
- Tom!- zawołała, mimo wrzawy usłyszał ją i teraz, kazał ją przepuścić.
- Słucham Morgan.
- Musimy porozmawiać- powiedziała szybko, po czym spojrzała na gryfona, nie wiedziała, że jest aż w takim stanie.- Boże… on zaraz się udusi…
- Spokojnie, skończymy tuż przed…albo po…- zakpił, rozległ się okrutny, prześmiewczy ryk Ślizgonów, którzy przeważali w tłumie.
- To nie jest śmieszne! Skończ to teraz- krzyknęła Morgan
- Daj spokój…
- Albo teraz ze mną porozmawiasz albo nigdy- szepnęła, tak, że tylko on to dosłyszał. Tom, wiedział, że balansuje na cienkiej granicy. Cofnął zaklęcie, chłopak osunął się na ziemię, łapczywie wciągając powietrze.
- Mnie tu nie było- Powiedział i posyłając wszystkim zastraszające spojrzenie, złapał Valois za rękę i pośpiesznie wyprowadził z tłumu. Chwilę później znaleźli się w pustej klasie i Morgan wyrwała rękę. Usiadła na krześle i nie odzywając się, patrzyła na niego z żalem, jak on mógł tak dusić tego chłopaka i jeszcze przy tym się bawić? On za to zdawał się nie dostrzegać, tego pełnego wyrzutów spojrzenia, uśmiechał się lekko, oparłszy się o biurko. Nie ponaglał jej. Ona w końcu lekko westchnęła i wyznała.
- Nie wiem co ci powiedzieć.
- A tak koniecznie chciałaś teraz rozmawiać.
- Musiałam cię jakoś odciągnąć od tego chłopca…
- Więc nie miałaś zamiaru do mnie podejść z początku? Jesteśmy tutaj tylko z powodu tej szlamy?
- Nie, ale proszę nie wyrażaj się w ten sposób… już od kilku dni chciałam z tobą porozmawiać. Szłam do ciebie po obiedzie, ale ty zacząłeś znęcać się nad tym chłopcem i…
- No dobrze Morgan, miejmy to już za sobą.- przerwał jej.- Chcesz być ze mną?- zapytał łagodnie. Zajrzał jej w oczy. Wiedział, że ona tego chce.
- To będzie trudny związek Tom…
- Jestem tego świadomy.
- I będzie wymagał poświęceń.
- Wiem, ale nie tylko z mojej strony, mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.
***
Riddle pożegnał się z Morgan około 9, miał jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
* wybaczcie za ten prymitywny sposób, w jaki, zaczęlam ich związek, ale no cóż powiem szczerze, poszłam na łatwiznę.
By Natalie & Kate
skomentuj (6)
Część 7 2006-10-25 18:53:25
- Morgan! No obudź się wreszcie!- rozległ się po raz kolejny głos podirytowanej Tess w dormitorium dziewcząt.
- Co się dzieje…?- wymamrotała nieprzytomna dziewczyna, podnosząc się powoli.
- Za 15 minut zaczynają się lekcje, nic po za tym.
- O nie…- jęknęła Morgan, wyskakując z łóżka i ubierając się jak najszybciej.
- Możesz mi wyjaśnić dlaczego, kiedy się obudziłam w nocy nie było cię w łóżku?- zapytała znienacka Alice.
- Ja… byłam na spacerze…- odpowiedziała zdawkowo, spoglądając na swoje przyjaciółki. Obydwie wpatrywały się w nią z nieukrywaną ciekawością.
- Na spacerze powiadasz?- uśmiechnęła się Tess.
-Skąd cię nagle naszła ochota spacerowania po ciemku?- zapytała chytrze
Alice. Wiedziała że ich nie oszuka, za dobrze ją poznały przez ostatnie tygodnie.
- Byłam tam z chłopakiem- wyznała.
- Z chłopakiem?
- Tak, z Tomem Riddlem.
- Z Tomem Riddlem?
- Przestań po mnie powtarzać Tess!- uśmiechnęła się Morgan.
- Naprawdę z nim byłaś?
- No tak… Przyszedł do naszego dormitorium w nocy i wyciągnął mnie z łóżka.
- Ale jak tu wszedł? Przecież chłopcy nie mogą…- zaczęła Alice.
- Nie wiem- odparła Morgan
- Na pewno wymyślił jakiś sposób dawno temu- wzruszyła ramionami Tess- Przecież wiadomo, że jest świetny w magii, niezwykle uzdolniony… wręcz powiedziałabym niebezpiecznie…- wyglądało na to że na chwilę wpadła w zadumę, lecz szybko się zreflektowała- Ale co ja gadam? Przepraszam Morgan… Więc jak było?
- Może kiedy indziej pogadamy… nie chcę o tym na razie mówić. Nie jestem jeszcze niczego pewna…
- Nie dziwię się- rzuciła oschle Alice.
- Nie jesteś?- zapytała Tess- Jak to nie? Opowiadaj!- zaśmiała się.
- Pewnie już się szykuje żeby z nią zerwać, jeżeli w ogóle ma zamiar to zrobić oficjalnie, chwaląc się co z tobą robił, przed Julianem Blackiem i resztą swojej świty.
- Nie robiliśmy niczego takiego niezwykłego czym by się mógł chwalić- odpowiedziała szybko Morgan. Choć nie było to do końca prawdą. Bo może dla niego to było zwykłe przeżycie, ale ona nigdy wcześniej nie doświadczyła takiej namiętności. Pocałunek Toma był taki odważny i zachłanny, że przekroczył pewną granicę , którą sama dla siebie wyznaczyła. Po chwili jednak przestało się to dla niej liczyć i wszystkie granice przestały istnieć, bo z Riddlem czuła się inaczej niż z kimkolwiek innym do tej pory. Tak bardzo ją pociągał i tak bardzo pragnęła jego dotyku, że nie potrafiła mu się oprzeć i nie chciała. Miała nadzieję, że on czuł to samo.- Po za tym on taki nie jest…- Jednak teraz jej głos nie był już tak zdecydowany jak na początku, wręcz przeciwnie. Uświadomiła sobie, że właściwie to go nie zna. Ale Alice przecież nie może mówić…
- Mówię ci tylko prawdę. Po co mamy się oszukiwać? Popatrzmy prawdzie w oczy! Czy Riddle był dłużej z jakąś dziewczyną niż tydzień? Nie! Nawet z Viviene Rosier zerwał po paru dniach, a nie wspomnę już Isabelle Blaise… Mu nie można ufać!- teraz zwróciła się bezpośrednio do Morgan, której zaszkliły się oczy.- Miał już wiele ładnych dziewczyn i..
- Widzę że jesteś nieźle obeznana w temacie- zauważyła złośliwie Tess, nie mogąc się już dłużej powstrzymać, a przerywając tym samym jej monolog.- To że Riddle zerwał z tobą po jednym dniu, a ty się z niego nigdy nie wyleczyłaś, nie znaczy że to samo będzie z Morgan.- na chwilę zaległa cisza w pokoju. Jednak chwilę później Alice zaczęła mówić roztrzęsionym głosem.
-Przynajmniej nie jestem jak te inne (dziwki/idiotki), które są dumne z tego, że były z nim chociaż przez chwilę! A w jego temacie nie tylko ja jestem dobrze obeznana… Ja cię tylko próbuję chronić Morgan! Uświadomić ci kim on jest. To bezduszny potwór, on nie ma uczuć.
- To niemożliwe…ja czułam więź między nami… ja go…- plątała się Morgan.-On by nie mógł tego udawać- jęknęła, z nutą histerii w głosie.
- Oczywiście że by mógł, jest świetnym aktorem. Zerwij z nim, zanim on to zrobi, dobrze Ci radzę. On cię zniszczy… Wykorzysta i zostawi! Jak każdą! Nie powtarzaj moich błędów… nie zdajesz sobie sprawy..
- Przestań!- zaszlochała Morgan- Już dość…- Mówiąc to wybiegła z dormitorium. Jeszcze nic jej tak nie wyprowadziło w życiu z równowagi, jak to co mówiła Alice. Może rzeczywiście była zbyt naiwna… Łzy płynęły jej po policzkach, plamiąc szatę. Wyszła szybko z pokoju wspólnego i udała się do łazienki. Widać było, że rozpoczęła się już pierwsza przerwa, bo korytarze były zaludnione. Po drodze wpadała na różne osoby. Jedną z nich, tuż przy łazience, był nie kto inny jak Tom. Przyśpieszyła kroku i chwilę później weszła do toalety. Ale Riddle ją dogonił i wszedł za nią.
- To jest toaleta dla dziewczyn- zauważyła cicho Morgan, stojąc do niego tyłem i odkręcając kran.
- Co się stało?- zapytał łagodnie, ignorując jej wypowiedź.
- Nic- odpowiedziała, siląc się na obojętny ton, ale Tom nie dał się oszukać.
- Nie kłam.
- Nie chcę teraz o tym rozmawiać.
- Chcę wiedzieć Morgan.
- Czemu ten kran nie działa?
- Nie zmieniaj tematu.
- Ale on nie działa…
- Przestań się zachowywać jak dziecko, dobrze?- powiedział ostro, ale ona nic nie odpowiedziała dalej mocując się z kranem.- Czy ty słyszysz co do ciebie mówię?!- zapytał wściekły, a gdy znów nie usłyszał odpowiedzi, podszedł do niej i łapiąc ją mocno za ramiona, obrócił w swoją stronę. Gdy zobaczył jej zapłakaną twarz, rozluźnił uścisk na jej ramionach. Przypatrzył się jej badawczo. O dziwo, płacz jej wcale nie szpecił, wręcz przeciwnie. Wyglądała jeszcze bardziej bezbronnie i urzekająco niż zwykle. Zajrzał jej w oczy. Zobaczył w nich zagubienie i strach przed utratą czegoś… lub kogoś, tak kogoś… tylko kogo… jego? Czemu? Przecież wcale nie zamierza niczego kończyć…A może ona zamierza? Ale… Dlaczego, Morgan? Wczoraj było przecież już tak dobrze…
-Nie mogę być z tobą- oznajmiła roztrzęsionym głosem. Jego spojrzenie stało się w jednej chwili zimne i bezlitosne jak lód, Morgan odwróciła wzrok.
- Ach.. nie możesz być ze mną…- powtórzył jadowitym tonem.
- Tom… Czy to prawda że nie byłeś z żadna dziewczyną dłużej niż tydzień? I rzucałeś je jedną po drugiej jak je wykorzystałeś?
- Prawda…-odpowiedział beznamiętnie, ale po chwili dodał- Ale to nie znaczy, że to samo zrobię z tobą. A tak przy okazji, mogłabyś mi wyjawić kto ci tego wszystkiego naopowiadał na mój temat?- zapytał pozornie uprzejmym tonem.
- Po co? Żebyś jej jeszcze dołożył?
- To ta głupia Alice Revers?- Strzelił jak zwykle w dziesiątkę. Morgan nie odpowiedziała, co Tom uznał za przytaknięcie.- Jeszcze z nią nie skończyłem…
- Nie Tom… nie rób jej nic proszę- w tym momencie się przełamała i ponownie na niego spojrzała.- Nie patrz tak na mnie, zimno mi…- Jego oblicze złagodniało, ale ona nie poczuła się lepiej. Spuściła wzrok.
- Więc Alice nie miała racji z tym, że zamierzasz…
- Myślałem, że wyraziłem się dostatecznie jasno wczoraj…
- Przepraszam… daj mi trochę czasu…
- Wiesz Morgan, gdybym cię trochę nie znał, pomyślałbym że się mną bawisz.- oświadczył, pozbawionym już wszelkich emocji tonem- Ale paradoksalnie, to gorzej że tak nie jest. Bo nie mogę się na tobie odegrać, wyładować tkwiącej we mnie złości. Pozostaje mi tylko czekać na ciebie.
- Dziękuję- szepnęła i przytuliwszy się do niego lekko, wyszła z łazienki. Riddle zaczął się przechadzać po łazience, kiedy nagle jego spojrzenie padło bezwiednie na kran, którego Morgan nie mogła odkręcić.
***
By Natalie & Kate
skomentuj (9)
skopiuj kod strony glownej z ramki
ponizej!
kod arkusza stylow
|
|